Taniec prawicy z absurdem

Drukuj

Zarzut o sfałszowanie wyborów nie jest interesujący ze względu na oczywisty brak elegancji – taki wniosek byłby banalny. Jest interesujący, ponieważ potwierdza przerażającą hipotezę: ponad trzydzieści procent Polaków jest reprezentowanych przez formację, która całkowicie oderwała się od zdrowego rozsądku. Prawo i Sprawiedliwość dryfuje w oparach niewiedzy pomieszanej z absurdem.

Ten tekst należałoby zacząć od wyrazów oburzenia. Nie stała się przecież rzecz codzienna: lider opozycji – z sejmowej mównicy! – zarzucił rządowi, że wybory zostały sfałszowane. To wydarzenie bez precedensu w państwie, które należy do Unii Europejskiej oraz spełnia, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wszystkie demokratyczne kryteria.

pis_ciekawych

Przynajmniej przez kilka akapitów powinniśmy ponarzekać na to, jaki wstyd przynoszą nam politycy. Z zazdrością moglibyśmy spojrzeć na północ i zachód, rozmarzając się nad klasą polityczną kilku europejskich krajów. Ale po co? Nie oszukujmy samych siebie, wszyscy do tego przywykliśmy. Oskarżenie o sfałszowanie wyborów nas nie szokuje. Nasłuchaliśmy się insynuacji znacznie poważniejszych, wystarczy przypomnieć, że przez ostatnie lata opozycja obarczała byłego premiera odpowiedzialnością za śmierć byłego prezydenta.

Niesprawiedliwe byłoby, gdybyśmy o przynoszenie nam wstydu oskarżali tylko prawicę. Były premier (zresztą ten sam, który zamordować miał swojego politycznego przeciwnika) kilka lat temu na konferencji prasowej skomentował dekolt zadającej mu pytanie dziennikarki. A jeden z jego – lewicowych! – poprzedników znany jest z tego, że niemal każdą swoją publiczną wypowiedź przyozdabia szowinistycznymi powiedzeniami i metaforami. Z tym, że Polska nie jest Szwecją (Danią/Belgią/Niemcami), zdążyliśmy się pogodzić. To co na boiskach ekstraklasy kończy się czerwoną kartką, zazwyczaj w trzeciej lidze uchodzi płazem.

Za efektowną tezą o sfałszowanych wyborach stoi wyłącznie zbiór nonsensów. Do ich obalenia nie potrzeba nic poza zwykłą logiką. Po pierwsze – nieopisanym kuriozum jest już to, że zarzut o sfałszowanie wyborów stawia ich matematyczny zwycięzca, najprawdopodobniej to pierwszy taki przypadek w historii światowej polityki; po drugie – jaki sens miałoby fałszowanie akurat najmniej istotnych wyborów?; po trzecie – dlaczego ci, którzy wpłynęli na końcowe wyniki, mieliby ściągać na siebie podejrzenia poprzez ogromne zamieszanie wokół systemu liczenia głosów, etc. Takie pytania można byłoby mnożyć w nieskończoność, gdyby nie to, że wchodzenie w polemikę na tym poziomie jest po prostu obraźliwe.

Powinniśmy wzruszyć ramionami i machnąć na to ręką, gdyby nie fakt, że to zjawisko nie ogranicza się wyłącznie do kilku głośnych, publicystycznych zabaw. Absurdem pisany jest cały manifest polskiej prawicy – począwszy od utopijnej wizji gospodarczej, przez żenujące debaty światopoglądowe, skończywszy na sprawach elementarnych, takich jak stosunek do własnego państwa. Mniej więcej jedna trzecia Polaków reprezentowana jest przez polityków, którzy infantylne emocje przedkładają nad rozum.

Trudno powiedzieć czy są takimi cynikami, czy ignorantami, ale taki sposób prowadzenia debaty niszczy naszą politykę. Gdy teza staje się ważniejsza od argumentów, politycy zaczynają ścigać się w wymyślaniu płytkich i chwytliwych haseł. I bardzo szybko przekraczają granicę przyzwoitości. Skutki tego widzieliśmy w ubiegłym tygodniu, gdy Leszek Miller chwycił za łopatę i – ramię w ramię z Jarosławem Kaczyńskim – zaczął podkopywać demokratyczne fundamenty państwa.

Sfałszowane wybory to nic nowego. Wręcz przeciwnie, to najbardziej tradycyjna twarz polskiej prawicy. Widzieliśmy ją wielokrotnie, chociażby wtedy, gdy Antoni Macierewicz wygłaszał swoje niestworzone teorie na temat katastrofy smoleńskiej, a Zbigniew Ziobro zapewniał, że dwutlenek węgla jest nieszkodliwy, ponieważ wszyscy pijemy go w gazowanych napojach. Jeśli kogoś dziwi, że teraz przyszła pora na kuriozalną opowieść o sfałszowanych wyborach, to oznacza, że jest kiepskim obserwatorem polityki.

Twitter: @jwmrad

Czytaj również