Potrzebujemy (aż) drogowej ewolucji

Drukuj

Prawda jest brutalnie prosta: jeśli doprowadziliśmy do tego, że w latach dziewięćdziesiątych na polskich drogach umierało co roku tyle osób, ile mieszka w ośmiotysięcznym Zwoleniu, to trudno spodziewać, że nagle liczba ta spadnie do zera. Mimo wszystko jest coraz bezpieczniej, przez ostatnie dwie dekady udało nam się uratować około czterdziestu tysięcy osób. Dlaczego zamiast cierpliwie poprawiać skuteczny system, ciągle szukamy kolejnych rewolucji?

drogowaewolucja

To już chyba tradycja, że na początku roku dziennikarze i politycy zaczynają rozmawiać o ruchu drogowym, co jest przeżyciem wyjątkowo traumatycznym, zwłaszcza dla tych z nas, którzy mają na ten temat chociażby podstawowe pojęcie. Takich pokładów populizmu i ignorancji trudno bowiem doszukać się w jakimkolwiek innym temacie – nawet na temat katastrofy smoleńskiej i homoseksualizmu rozmawia się w Polsce na odrobinę wyższym poziomie. Tym razem przyczynkiem do dyskusji był tragiczny wypadek w Kamieniu Pomorskim, w którym pijany kierowca zabił sześć osób.

            Zaczęło się od najbardziej klasycznych propozycji, przede wszystkim zaostrzenia prawa w niemal każdym aspekcie. Opozycja przez kilka dni prześcigała się w mniej lub bardziej sensownych pomysłach. A to Zbigniew Ziobro, pomiędzy jedną wypowiedzią o gender a drugą, rozmarzył się, jak surowe kary otrzymywaliby niepokorni kierowcy, gdyby nadal był ministrem sprawiedliwości, a to Janusz Palikot wyciągnął z kapelusza statystyki, pokazujące, że pijani kierowcy są przyczyną wyłącznie 10% wypadków, natomiast 90% wypadków powoduje nadmierna prędkość.

Przy wypowiedzi lidera Twojego Ruchu warto się na chwilę zatrzymać, ponieważ jest ona bardzo reprezentatywna dla poziomu publicznej debaty. Palikot niby podaje jakieś liczby, analizuje policyjne statystyki, jednocześnie myli wszystko ze wszystkim. Alkohol nigdy nie jest bezpośrednią przyczyną wypadków, tą może być np. nieprzestrzeganie pierwszeństwa czy niezachowanie bezpiecznej odległości. Rzeczywiście, nadmierna prędkość powoduje najwięcej wypadków, nie jest to jednak 90 procent, o których mówił Janusz Palikot, tylko – w zależności od roku – pomiędzy 30 a 40 procent. W jednym zdaniu polityk popełnia dwa karygodne błędy, świadczące o absolutnej nieznajomości tematu.

Dopóki przedstawianiem kolejnych propozycji zajmowała się wyłącznie opozycja, można było to uznać za niewinną polityczną zabawę. W tym tygodniu do akcji włączył się rząd, który ustami premiera wypowiedział wojnę pijanym kierowcom, prezentując cały wachlarz rozwiązań, od absolutnie idiotycznych po całkiem racjonalne. Donald Tusk po raz kolejny zastosował swoją starą metodę – zaprezentował się narodowi jako zręczny i skuteczny przywódca, który doraźnymi receptami potrafi uśmierzyć każdy ból: dopalacze, hazard, pedofilów, pijanych kierowców i wychodzące z więzienia „bestie”.

Udział rządu w tej dyskusji jest niezrozumiały z dwóch powodów. Po pierwsze – nietrzeźwi kierowcy nie są priorytetem. W 2012 roku – na szczegółowe statystyki z zeszłego roku musimy jeszcze poczekać – spowodowali 3047 wypadków, w których zginęło 475 osób. To odpowiednio 9,2 oraz 13,3 procent ogólnej liczby wypadków oraz ofiar śmiertelnych. Oczywiście, to kilkaset głupich, zupełnie niepotrzebnych śmierci, jednak w przypadku blisko czterdziestomilionowego kraju to zaledwie nikły procent. Dla porównania – w tym samym roku utonęło 449 osób, a ponad 4 tysiące (dziesięciokrotnie więcej!) popełniło samobójstwo.

Po drugie – statystyki jednoznacznie wskazują, że obecny system jest skuteczny. Przykłady? Jeszcze piętnaście lat temu każdego roku ginęło ponad siedem tysięcy osób, w zeszłym roku (tę statystykę policja już podała) ta liczba zatrzymała się na 3291 ofiarach. Jeśli widoczny od kilku lat trend spadkowy się utrzyma, w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy liczba zabitych spadnie poniżej trzech tysięcy. To samo dotyczy pijanych kierowców, wypadków, rannych – niemal wszystkich danych dotyczących bezpieczeństwa na drogach. Powinniśmy życzyć sobie, żeby pozostałe polskie statystyki poprawiały się w takim tempie.

Takie wydarzenia, jak to w Kamieniu Pomorskim zakrzywiają nasze spojrzenie na rzeczywistość. My, wyborcy, mamy do tego prawo – historia o tragicznej śmierci kilku osób może nas poruszyć. Rządzący politycy powinni być bezlitośni, muszą patrzeć na całe społeczeństwo, a nie na poszczególne jednostki, tylko wtedy walka ze wszystkimi patologiami będzie mogła być efektywna. W przeciwnym razie policjanci, których dzisiaj Donald Tusk skierował do walki z pijanymi kierowcami, w lipcu, gdy dojdzie do głośnego utonięcia, zostaną przesunięci do kontrolowania nielegalnych kąpielisk. A o kierowcach wszyscy zapomną.

Wolałbym, żeby rząd – szczególnie taki, który sprawuje władzę od sześciu lat –  ufał w sprawność polskiego państwa. Powinniśmy dbać o to, żeby jak najmniej Polaków niepotrzebnie umierało, ale niedopuszczalna jest sytuacja, w której politycy zajmują się jakimiś tematami wyłącznie ze względu na głośne, medialne sprawy. Na polskich drogach jest coraz bezpieczniej, nie potrzebujemy drogowej rewolucji, a wyłącznie codziennej, żmudnej obserwacji i drobnych korekt. Histeria zawsze jest najprostsza, nam potrzebna jest aż ewolucja.

Czytaj również
  • http://klosinski.na.liberte.pl Tomasz Kłosiński

    Bardzo dobry tekst. W samo sedno.

    Pozwolę sobie tylko poczynić pewną uwagę na temat racjonalności demokratycznych polityków. Otóż racjonalne działanie to takie, które jest zgodne z celem działającego. Jest to zatem czysto subiektywna jakość. Nie ma czegoś takiego, jak obiektywna racjonalność – bo prostu, jak uczy nas współczesna filozofia nauki, nie ma obiektywnych metod falsyfikacji subiektywnych twierdzeń. Wynika z tego ważny wniosek: otóż politycy są racjonalni, o ile dążą do swoich celów.

    Teraz należy się zastanowić, jakie politycy mają cele – co ich motywuje do działania? Tutaj z pomocą przychodzi nam teoria wyboru publicznego, która zakłada, że politycy nie są nadludźmi i zasadniczo kierują się swoim interesem. Dla większości polityków oznacza to dążenie do wygrania wyborów (choć zdarzają się wyjątki – np. Mazowiecki nigdy nie dążył do wygranej za wszelką cenę i dlatego odszedł z polityki; podobnie Balcerowicz postanowił działąć w przestrzeni meta-polityki zakładając FOR). Ale to są wyjątki – dla większości polityków dążenie do realizcji swojego interesu będzie oznaczać wygranie wyborów za wszelką cenę. Z tej perspektywy to, co robi Tusk i inni, jest w pełni racjonalne. Wykorzystują szansę na pojawienie się w mediach i poprawienie swoich sondaży.

    Nie należy przypisywać politykom swoich wyobrażeń odnośnie tego, czym powinni się zjamować i do czego powinni dążyć, bo to tylko zaciemnia realny obraz sytuacji. Datego sądzę, że mówienie o tym, iż „politycy powinni” coś, jest w gruncie rzeczy pozbawione sensu. Nie ma sensu rozmawiać o swoich wyobrażeniach rzeczywistości, trzeba się skupić na rzeczywistości takiej, jaka ona w istocie jest.