PiS żyje w ciekawych czasach

Drukuj

Politycy Prawa i Sprawiedliwości z utęsknieniem spoglądają w dal, wypatrując na horyzoncie wojny. Albo chociaż małej wojenki. Wtedy tysiące młodych Polaków zapełniłoby wojenne cmentarze, a politycy z dumą mogliby odsłaniać pomniki nowych bohaterów, którzy oddali swoje życie za ojczyznę. Na szczęście wojna nam nie grozi, dlatego prawica musi tworzyć jej substytuty: walkę z układem, katastrofę smoleńską, a ostatnio – referendum w Warszawie.

pis_ciekawych

            Dwadzieścia lat temu Wojciech Młynarski napisał, poświęconą burzliwym latom dziewięćdziesiątym, piosenkę „W nieciekawych czasach”. Jej przewrotny wydźwięk opierał się na tradycyjnym chińskim przekleństwie: „Obyś w ciekawych czasach żył”, które autor odnajdywał w pełnym przywar okresie początków polskiej demokracji. Od tego czasu wiele się zmieniło, Polska niemal bezszkodowo uporała się z rewolucją i błyskawicznie stała się państwem stabilnym i przewidywalnym, nawet na tle ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego. Nagle okazało się, że żyjemy w nieciekawych czasach.

            A to dla polskiej prawicy wiadomość fatalna, ponieważ konflikt jest jej środowiskiem naturalnym. Wewnętrzny lub zewnętrzny. Mniejszy lub większy. To nie ma znaczenia, byle była jakaś burda! Środowisko polityczne związane z Jarosławem Kaczyńskim od początku transformacji nieustannie zachęca do walki. Zazwyczaj nieudolnie. Polacy nie chcieli dojrzeć śmiertelnego wroga tam, gdzie wskazywała palcem prawica. Postkomuniści? Dwa razy wygrali wybory. Donald Tusk? Też dwa razy, w dodatku pod rząd. Niemcy? Jak na złość, nawet na tym froncie jest najspokojniej w ponad tysiącletniej historii naszych stosunków z zachodnim, a dawniej też wschodnim, sąsiadem.

Lustrowano więc kolejne grupy społeczne, szukając wroga coraz głębiej, niemal na granicy szaleństwa. Czasami był on namacalny, stworzony z krwi i kości, jak wtedy, gdy prawica swoje szable skierowała przeciwko środowisku „Gazety Wyborczej”, kiedy indziej – próbowano walczyć z bytem niemal metafizyczny, wskazując enigmatyczny „układ”. Bywało, że sięgano po metody wyjęte żywcem z poprzedniej epoki i niespodziewanie z kapelusza wyciągano Ślązaków. Niestety, znów bez skutku, Polacy nigdy nie wyszli na ulice. 

            Czasy, w których Polacy zamiast o wielkich celach, myślą o sprawach przyziemnych, takich jak autostrady, PKB czy ubiegłoroczne piłkarskie Mistrzostwa Europy, są dla Prawa i Sprawiedliwości jałowe. Dlatego politycy tej partii z utęsknieniem spoglądają w dal, wypatrując na horyzoncie wojny. Albo chociaż małej wojenki. Wtedy tysiące młodych Polaków zapełniłoby wojenne cmentarze, a politycy z dumą mogliby odsłaniać pomniki nowych bohaterów, którzy oddali swoje życie za ojczyznę. Na szczęście wojna nam nie grozi, dlatego prawica musi tworzyć jej substytuty: walkę z układem, katastrofę smoleńską, a ostatnio – referendum w Warszawie.

Prawo i Sprawiedliwość po raz kolejny wskazuje wroga, który mógłby wyzwolić w Polakach wojenne emocje. Tym razem padło na Hannę Gronkiewicz-Waltz. Właśnie dlatego jej próba odwołania jest porównywana do powstania warszawskiego. W końcu jeśli nie jest możliwa walka na prawdziwym froncie, to prawica stworzy chociaż jego namiastkę. Idąc 13 października do urny, każdy z nas będzie mógł poczuć się jak jeden z pięćdziesięciu tysięcy powstańców warszawskich. Wygląda jednak na to, że prawicy po raz kolejny się nie uda – współcześni Kolumbowie zamiast rozgrzewać swoje karabiny, będą woleli kupować piwo przed zbliżającym się meczem z Anglią.

Twitter: @jwmrad

Czytaj również