Piękna, poznańska katastrofa

Drukuj

Co wydarzyło się w Poznaniu? Dlaczego Ryszard Grobelny poniósł najbardziej spektakularną klęskę minionych wyborów? Nie zadecydowały ani jego słabości, ani atuty rywali. Kluczowa była seria koszmarnych błędów, którą Ryszard Grobelny popełnił na ostatniej prostej. Gdyby nie to, wciąż byłby prezydentem Poznania.

Istnieją co najmniej dwie legendy wyjaśniające, dlaczego Ryszard Grobelny niespodziewanie przegrał wybory. Pierwsza – ogólnokrajowa i uniwersalna – głosi, że ruchy miejskie coraz śmielej wpływają na lokalne preferencje Polaków, powoli odbijając kolejne samorządowe przyczółki z rąk wieloletnich prezydentów. Druga legenda wymaga wgryzienia się w to, co przez ostatnie miesiące działo się w Poznaniu. Według jej zwolenników seria wpadek prezydenta –  który zirytował niemal wszystkich poza kibicami i deweloperami, od lewicy do prawicy, od miłośników samochodów do doktrynalnych użytkowników rowerów i tramwajów – przelała czarę goryczy i spowodowała, że antygrobelizm stał się ruchem, którego nie dało się zatrzymać.

ppkatastrofa

Dlaczego używam słowa „legenda”? Ponieważ w obu tych tezach tkwi tylko ziarno prawdy. Z pewnością ruchy miejskie, poczęte cztery lata temu właśnie w Poznaniu, znacznie wpłynęły na nasz sposób myślenia. Odwrót od polityki zalewania miast asfaltem jest coraz bardziej widoczny. Zamiast o galeriach handlowych i obwodnicach, zaczęliśmy myśleć o zieleni, skwerach i deptakach. Ryszard Grobelny przez wiele lat maszerował na czele pochodu, niosącego na sztandarach stadion z betonem, nic dziwnego, że ruchy miejskie właśnie jemu zadały cios o ponadprzeciętnej sile.

Wpadki również nie były bez znaczenia. Począwszy od spraw lokalnych (chociażby PEKA – nieudolnie wprowadzony system komunikacji miejskiej), przez kilka nieszczęśliwych inwestycji i zaniedbań, skończywszy na kwestiach, o których było głośno także poza stolicą Wielkopolski, jak odwołany spektakl teatralny i koncert czy słynne osiołki. Rola Ryszarda Grobelnego była różna – czasem był demiurgiem własnych problemów, innym razem obrywał mimowolnie. Jako lider półmilionowego miasta musiał zmierzyć się z odpowiedzialnością polityczną, a każda kolejna wpadka zamieniała się w – raz silniejszy, raz słabszy – cios.

Trzymając się nomenklatury bokserskiej, którą do poznańskiej kampanii wprowadził Jacek Jaśkowiak, moglibyśmy napisać, że Ryszard Grobelny powinien wyjść z tej walki nieco poobijany i zmęczony, ale zwycięski. Oczywiście – wygrałby na punkty, a nie poprzez nokaut. Może nawet, podobnie jak Rafał Dutkiewicz czy Paweł Adamowicz, chwilę musiałby poleżeć na deskach. Jednak konsekwencją wszystkich tych ciosów byłaby co najwyżej emocjonująca druga tura, na pewno nie porażka. Prawdziwy powód klęski Ryszarda Grobelnego tkwi bowiem gdzie indziej.

Przed pierwszą turą prezydenta Poznania gubiła nadzwyczajna pewność siebie. Buńczucznie przekonywał, że dobrzy – tacy jak on – prezydenci odstraszają solidnych kandydatów, przez co wybory są mało interesujące. Tak długo jak mógł, starał się unikać niewygodnych pytań, zazwyczaj odpowiadał wyjątkowo niechlubnymi ogólnikami, zwłaszcza jak na kogoś, kto od dwóch dekad zajmuje się działalnością samorządową. Pycha prowokowała Ryszarda Grobelnego do stwierdzeń zahaczających o polityczny masochizm, jak chociażby to, że jedyna rzecz, której w Poznaniu brakuje to… pole golfowe!

A później przyszła druga tura. Kilka dni po porażce Ryszard Grobelny przyznał, że gdy zobaczył swój wynik (nieco ponad 28 procent) zrozumiał, że walka o końcowe zwycięstwo będzie bardzo trudna. Ta chwila to najprawdopodobniej najważniejszy moment kampanii. Gdyby Ryszard Grobelny zamknął się wówczas w domu i przez dwa tygodnie nie robił absolutnie nic, dziś nadal byłby prezydentem Poznania.

Stało się inaczej – Grobelny jednak z domu wyszedł i postanowił zrobić absolutnie wszystko, żeby wyborów nie wygrać.

Zaczęło się od hucznego podpisania umowy o współpracy z kibicami Lechami Poznań. To ruch politycznie bezsensowny – każdy mieszkaniec Poznania wie, że kibice to żelazny elektorat byłego prezydenta. Fani poznańskiego klubu głosowali na Ryszarda Grobelnego już w pierwszej turze, kolejna próba adorowania tej grupy na pewno nie przyniosła dodatkowych głosów, mogła jedynie zniechęcić wyborców, którzy mieli dość tego, że prezydent miasta zawsze kłania się kibicom (to nie tania metafora, a dosłowny cytat z konferencji prasowej!).

Po kibicach przyszedł czas na rozgrywki polityczne, które udowodniły, że Ryszard Grobelny albo nie posiada instynktu politycznego, albo w zagadkowy sposób utracił go w ostatnich miesiącach. Jego taktyka opierała się dwóch fundamentach: bezpardonowym atakowaniu Platformy Obywatelskiej i żenującym łaszeniu się do prawicy. Efekt? Prezydent zniechęcił do siebie czterdzieści pięć procent mieszkańców Poznania (tyle uzyskała Platforma Obywatelska w majowych wyborach do europarlamentu), a zyskał niewielką część niespełna dwudziestoprocentowego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości.

Kampania z dnia na dzień stawała się coraz bardziej emocjonalna, brudna i nerwowa. Dziennikarze dziwili się, gdy sztab prezydenta, w trakcie telewizyjnych debat, na pytania od mieszkańców reagował pogardliwym śmiechem. Podobnych wpadek było więcej. Gdy dzień po drugiej turze Jacek Jaśkowiak nie zgodził się na udział w debacie (oba sztaby pokłóciły się o moderatora), Ryszard Grobelny oskarżył swojego rywala o tchórzostwo. Sztab byłego prezydenta zmarnował dwa dni, przekonując, że kandydat Platformy Obywatelskiej boi się debat, mimo że tych pomiędzy pierwszą a drugą turą ostatecznie odbyło się niemal dziesięć. Współpracownicy prezydenta wielokrotnie udowadniali, że zupełnie nie rozumieją mediów i internetu – wypuszczone przez nich materiały błyskawicznie stawały się wiralami, które wykorzystywała opozycja.

Ostatnie dni kampanii były popisem politycznej nieudolności. Ryszard Grobelny pokazał, że tonący chwyta się nawet tonącej brzytwy i sięgnął po wsparcie Jarosława Gowina (elektorat w Poznaniu – trzy procent!). A Poznaniaków rozsierdzał wyjątkowo populistycznymi zagrywkami: poparł postulat darmowej komunikacji, przyznał podwyżki urzędnikom oraz rozpoczął konsultacje odnośnie kilku inwestycji, na których wcześniej nie zostawiał suchej nitki.

Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy prezydent Poznania zasługuje na kolejną kadencję, ostatnie miesiące rozwiały je bezpowrotnie. Ryszard Grobelny nie przegrał tych wyborów w walce. Ryszard Grobelny stanął na placu Kolegiackim, przed swoim urzędem, przyłożył strzelbę do skroni i popełnił efektowne, polityczne samobójstwo.

 

PS Po ogłoszeniu wyników wyborów Krzysztof „Grabaż” Grabowski napisał na Facebooku: No i Poznań już bez Ryszarda… Nawet mi się, po ludzku, żal go zrobiło, kiedy tak stał sam po ogłoszeniu wyników, żal jak każdego, kto by wyłupał sobie oczy, odciął język, zatkał uszy, przestrzelił oba kolana i stopy i mimo to, uparcie, skakał do basenu bez wody. Najwyraźniej ostatnie chwile Ryszarda Grobelnego jako prezydenta Poznania przywodzą na myśl bardzo podobne skojarzenia.

 

Twitter: @jwmrad

Czytaj również