Patyczek wsadzony w mrowisko (recenzja „Ambassady”)

Drukuj

Na „Ambassadę” czekałem z nadzieją. Lubię filmy, próbujące nawiązać dialog ze schematami (prowadzenie bloga rozpocząłem ponad rok temu od recenzji bliźniaczego tematycznie „Iron Sky”), a Juliusz Machulski jest jedynym polskim reżyserem, który nigdy nie przekroczył dopuszczalnego poziomu komediowej żenady, chociaż kilkukrotnie zdarzyło mu się do niego niebezpiecznie zbliżyć. Byłem bardzo ciekawy, jak twórca „Seksmisji” poradzi sobie z opowiedzeniem o naszej największej narodowej traumie.

ambassada

Ocena: 4/10

Powodów, żeby być optymistą było zresztą znacznie więcej: historia, na pierwszy rzut oka, sprawiała wrażenie świeżej, ze sporym potencjałem fabularnym, a do istotnych ról zostali zaangażowani Robert Więckiewicz i Adam Darski, legitymizując artystyczną i popkulturową wartość przedsięwzięcia. Wydawało się, że do sukcesu – chociażby na miarę sympatycznej „Kołysanki” – brakuje naprawdę niewiele. Po obejrzeniu „Snu o Warszawie” w wykonaniu m.in. Ribbentropa i Hitlera, będącego jedną z reklam „Ambassady”, mogliśmy przypuszczać, że Machulskiemu udało się stworzyć film przynajmniej dobry.

Podczas seansu wszystkie nadzieje pryskały jak seria mydlanych bajek. Przez pierwsze pół godziny zostaliśmy zmuszeni do obcowania sam na sam Melanią i Przemkiem: pretensjonalnym i sztucznym małżeństwem, granym z szekspirowską emfazą przez Magdalenę Grąziowską i Bartosza Porczyka. Obudowana niepotrzebnymi i nudnymi wątkami fabuła błyskawicznie traci swój urok – zamiast przejść do sedna, oglądamy zawodowe perypetie pary głównych bohaterów i słuchamy topornych dowcipów.

Gdy w końcu na ekranie pojawiają się wyczekiwani naziści, okazuje się, że twórcy filmu do minimum ograniczyli żarty historyczno-polityczne, skazując nas na gagi z korzystającym z toalety Adolfem Hitlerem. Nergal w wywiadach zapowiadał, że uwielbia wsadzać kij w mrowisko. Niestety, w „Ambassadzie” zupełnie tego nie widać. Jeśli ktoś spodziewał się brutalnego rozliczenia z narodowymi świętościami, zawiedzie się bardzo boleśnie. Nikt nie wsadził kija w mrowisko, najwyżej delikatnie musnął je niewielkim patyczkiem.

Tego żal najbardziej, ponieważ Polacy mają odpowiednią legitymację, żeby rozliczyć się z tragedią II wojny światowej, zwłaszcza z niektórymi jej aspektami. Wydaje się, że Juliusz Machulski trafnie zlokalizował nasze narodowe bolączki, wybierając początek wojny, zniszczenie Warszawy i przerwanie ciągłości państwowości. Co z tego, skoro narracja została ograniczona do tego, co widzimy w polskich kabaretach – tu ktoś dokleja sobie wąsy, tam wsadza bieliznę na głowę.

Lista zarzutów mogłaby być zdecydowanie dłuższa. Z niezrozumiałych względów twórcy nie wykorzystali bardzo udanej poetyki coveru „Snu o Warszawie” i nie umieścili w filmie innych fragmentów muzycznych. Postanowili za to umilić widzom czas, wzbogacając obraz o nieudolne efekty specjalne, żywcem wyjęte z pierwszych części „Powrotu do przeszłości” Plusów szukać trudniej, chociaż na pewno należy docenić zaangażowanie Więckiewicza i Darskiego oraz całkiem niezłą (poza efektami specjalnymi) realizację techniczną. A także próbę podjęcia innego tematu niż kolejna komedia o grupie gangsterów-półgłówków.

Juliuszowi Machulskiemu po raz kolejny udało się uniknąć stworzenia filmu żenująco słabego, ale na usta ciśnie się pytanie: dlaczego, jeśli mogło wyjść tak dobrze, wyszło aż tak przeciętnie?

Twitter: @jwmrad

Czytaj również
  • Dav

    W filmie część obsady odtwarza role Niemców, a nie „nazistów”.