O dwóch homofobach, którzy zniszczą PO

Drukuj

Jeśli kiedykolwiek usłyszymy od Ewy Kopacz, że nie potrafi znaleźć większości do przegłosowania ustawy o związkach partnerskich, powinniśmy przypomnieć jej, że kilka miesięcy przed wyborami przytuliła do siebie dwóch największych homofobów polskiej polityki.

Znudzona wygrywaniem wyborów za wyborami Platforma Obywatelska (choć tutaj niektórzy krzykną zapewne z oburzeniem: „Jak to!? Przecież ostatnie wybory wygrało PiS!”) postanowiła po raz kolejny utrudnić sobie życie. Na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi wyciągnęła gdzieś z otchłani politycznej egzotyki dwie, wyjątkowo mroczne i skompromitowane, postaci. I zrobiła to wbrew wszystkiemu: wbrew elementarnej przyzwoitości, wbrew faktom, a przede wszystkim – i to wybaczyć będzie najtrudniej – wbrew własnym wyborcom, którzy wielokrotnie dawali sygnały, w którą stronę powinna podryfować rządząca partia.

Zacznijmy od przyzwoitości, chociaż tę moglibyśmy pominąć. Gdybyśmy mocno zmrużyli oczy ujrzelibyśmy w Michale Kamińskim kogoś w stylu warszawskiego Franka Underwooda: makiaweliczną postać, która wzgardza moralnością, a celem uświęca środki. Ale lepiej miejmy oczy szeroko otwarte. Wówczas Michał Kamiński będzie dla nas tylko nieudolnym politykiem, który poza jednym (!) wyborczym zwycięstwem dekadę temu ponosił wyłącznie spektakularne porażki. Czy dla kogoś takiego warto poświęcać przyzwoitość? Nie sądzę.

odwochhomofobach

Całkiem dużo o Michale Kamińskim i Janie Tomaszewskim można dowiedzieć się z obserwowania świata wokół nas. Stajemy się coraz nowocześniejszym krajem, przeskok z sowieckich wertepów na płaskie autostrady powoli zaczyna wpływać na naszą tożsamość. Niedługo zaczniemy myśleć, jak Holendrzy, Szwedzi czy Brytyjczycy. A tam polityk, który z uśmiechem mówi „No przecież to pedały są” zostałby zmieciony ze sceny politycznej, zanim pomyślałby, jak zacząć następne zdanie. Jeżeli Platforma Obywatelska chce wygrywać kolejne wybory, musi zrozumieć, że w świecie, w którym lada moment się znajdziemy, homofobowie naprawdę nie mają nic do gadania.

Historie o płynącym w polskich żyłach konserwatyzmie, o krainie, której dziejową misją jest obrona katolicyzmu trzeba wsadzić między bajki. Polacy o swojej wierze zapomną tak szybko, jak Szwedzi zapomnieli o protestantyzmie. Mrzonki? Dziesięć lat temu trudno było wyobrazić sobie Polaka, który nie marzy o kupnie nowego samochodu. Aż nagle wyrosła przed nami klasa średnia, która nawet nie ma prawa jazdy, a miejsca parkingowe zamienia na deptaki. Nie zdążymy się obejrzeć, a otoczą nas niewierzący osiemdziesięciolatkowie.

Wszystkie te błędy moglibyśmy wybaczyć, gdyby pragnął tego elektorat. Jest tylko jeden problem – wyborcy całkiem niedawno udowodnili, że mają niezłą pamięć i nie zaufali Michałowi Kamińskiego. Być może Platforma Obywatelska chce być partią twardogłowych jaskiniowców, wtedy jej nowe nabytki pasują jak ulał. Boję się jednak, że w tej konkurencji polska prawica pozostanie niezwyciężona. Ewa Kopacz powinna jak najszybciej zawrócić i pognać w przeciwnym kierunku. Inwestowanie w Kamińskiego i Tomaszewskiego w czasach, gdy Robert Biedroń wygrywa w Słupsku wybory, może skończyć się tylko tak, jak kupowanie w latach osiemdziesiątych fabryki maszyn do pisania.

Czytaj również
  • Adam Jarecki

    Pardonnez-moi, ale przecież Kopacz sama jest homofobką, więc co to niby za niespodzianka? :-O

  • Maciek

    Póki nie nastąpi wymiana pokoleniowa, po której Kościół i księża (ale tylko tylko ci w wieku andropauzalnej impotencji, bo większość młodszych to bardzo aktywni geje) przestaną młócić najstarszej części społeczeństwa, że homoseksualizm to zło i grzech, nic się nie zmieni. I choćby w parlamencie ostał się tylko jeden homofob zawsze znajdzie poklask ogółu i żadna ustawa o związkach partnerskich nie ma prawa przejść. Miło, że Biedroń przeciera szlaki i buduje całkiem pozytywny wizerunek geja. Szkoda, że tak mało jest ich w Sejmie. Nawet gdybym miał do wyboru zawrzeć taki związek pewnie bym się mocno zastanawiał nad tym z moim partnerem bo jako społeczeństwo jeszcze nie jesteśmy gotowi wykrzesanie z siebie pełni społecznej akceptacji. Ale z własnego doświadczenia przyznać muszę, iż najwięcej goryczy spotyka mnie nie ze strony społeczeństwa a własnej rodziny. Ale to już temat na inny wątek.