Kto nie skacze, ten z Putinem

Drukuj

Polska prawica z otwartymi ramionami włączyła katastrofę smoleńską do swojej polityki historycznej. Zajęła miejsce obok okrągłostołowego spisku oraz – nieco starodawnego, dodającego jednak niezbędnego sznytu – powstania warszawskiego. Bezprecedensowa tragedia sprzed kilku lat błyskawicznie zamieniła się w jeden z politycznych fetyszy, co przedwczoraj zobaczyliśmy po raz kolejny.

Podczas trzeciej rocznicy katastrofy słyszeliśmy przede wszystkim o symbolach: pomnikach Lecha Kaczyńskiego, wraku Tupolewa, ucieczce premiera do Nigerii. Maszerowanie po polskiej stolicy z transparentami „To był zamach” oraz okrzykami „Jarosław, Jarosław!” nie ma przecież nic wspólnego z upamiętnieniem katastrofy, jednak doskonale wpisuje się w symboliczny wymiar całej tragedii, czarno-biały obraz świat, w którym dobro walczy ze złem, Polacy z Rosjanami, Smerfy z Gargamelem a Jarosław Kaczyński z Donaldem Tuskiem.

Właśnie dlatego merytoryczna dyskusja o tym, co wydarzyło się w Smoleńsku nie ma żadnego sensu. To tak jakby historycy próbowali polemizować z twierdzeniem, że polskie wojska w 1655 i 1920 roku poradziły sobie bez boskiej pomocy. Wiara w zamach nie jest racjonalna, co więcej – ma niewiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Prawica już dawno przestała dbać nawet o to, żeby opowiadana legenda układała się w logiczną całość: raz słyszymy o sztucznej mgle, później o wybuchu, który stwierdzono na podstawie informacji uzyskanych z rejestratorów lotu. Jednak, gdy eksperci polemizują, to nagle okazuje się, że… zapis czarnych skrzynek został zmanipulowany!

Taka perspektywa ma wpływ na debatę publiczną. W czarno-białym świecie, który został wykreowany przez prawicę, nie istnieją odcienie szarości. Wszyscy Polacy muszą stać w jednym szeregu. Coraz ostrzejsza retoryka jest naturalną konsekwencją przyjętej tezy. Tu nie ma miejsca na kompromisy, przecież jeśli 10 kwietnia doszło do zamachu, to oznacza, że rządzący nami politycy dopuścili się najgorszych czynów. Masz jakiekolwiek wątpliwości? Jesteś zdrajcą, pachołkiem Moskwy.

Od trzech lat żyjemy w państwie żywcem wyjętym z „Paragrafu 22”. Specjaliści i politycy bez przerwy muszą przekonywać, że nie było zamachu, ale – gdy przedstawiają dowody – to okazuje się, że chcą zatuszować to, co naprawdę się wydarzyło. Jeśli próbujesz udowodnić, że nie było zamachu, to oznacza, że musisz korzystać ze zmanipulowanych źródeł – tak brzmi polska wersja paradoksu opisanego w najsłynniejszej powieści Josepha Hellera.

Setki stron raportów oraz wypowiedzi ekspertów nigdy nie wygrają z wiarą osób, które noszą biało-czerwone flagi przepasane kirem, krzycząc „Komoruski do Moskwy!”.  Nie da się polemizować z wiarą, racjonalista zawsze znajdzie się na przegranej pozycji. Dlaczego wyjazd Donalda Tuska do Nigerii wywołał takie oburzenie? Ponieważ w spolaryzowanym, bajkowym świecie nie ma miejsca na półśrodki, swoją lojalność musisz udowadniać na każdym kroku. Gdyby premier został w kraju, to na pewno w inny sposób udowodniono by, że nie poświęca się w pełni katastrofie przed trzech lat. Każdy z nas musi wybrać: albo Lech Kaczyński, albo Władimir Putin. Nie można przecież być Smerfem i jednocześnie uważać, że Gargamel nie jest do szpiku kości zły.

Czytaj również