Kompromisowy kompromis

Drukuj

O prawach mniejszości seksualnych rozmawia się wyłącznie w kategoriach kompromisu: nie małżeństwo, tylko związek partnerski i – broń Boże! – bez adopcji, bo jeszcze się u nas skończy jak w tych plugawych Stanach Zjednoczonych. 

Pewnie to dobrze – Realpolitik jest czasem potrzebna. Być może rozdzieranie szat nad tym, że pary homoseksualne powinny być równouprawnione z parami heteroseksualnymi skończyłoby się wyłącznie tym, że jakiejkolwiek zmiany prawa doczekalibyśmy się w XXIII kadencji sejmu – po roku 2075. A tak, w świecie kompromisów, mamy na to szansę może już za trzy lata. Może nawet (kto wie?) premier nakrzyczy na koalicjanta oraz prawą stronę swojej partii i jeszcze w tej kadencji da prezent swoim centrolewicowym wyborcom? Znalezienie dziesięciu głosów (a taka jest różnica, zakładając, że osoby, które głosowały za odrzuceniem, zmienią swoje zdanie) nie jest przecież rzeczą niemożliwą.

Wprowadzenie związków partnerskich spowoduje jednak wyłącznie jedną pozytywną zmianę – pary heteroseksualne będą miały alternatywę do tradycyjnych, niechcianych przez niektórych, małżeństw. Z perspektywy związków homoseksualnych ta zmiana – choć i tak rewolucyjna – będzie tylko usankcjonowaniem przez państwo dyskryminacji. Adopcja dzieci? Wy (heteroseksualiści) możecie; Wy (homoseksualiści) – nie. Przejęcie praw do dziecka zmarłej partnerki/partnera? Wy (heteroseksualiści) możecie, Wy (homoseksualiści) – nie, straciłeś partnera, to teraz oddaj dziecko, które wychowywałeś od dziesięciu lat, obcemu wujkowi, mieszkającemu trzysta kilometrów dalej.

I tak dalej, i tak dalej – podobnych przykładów będą dziesiątki. Zalegalizowanie związków homoseksualnych będzie rozwiązaniem lepszym, z pewnością jednak nie dobrym; wyłącznie tym, czym byłoby umożliwienie Afroamerykanom nauki w szkołach publicznym, z  tym, że w osobnej ławce, z tyłu i bez udziału w szkolnych wycieczkach. Takie zmiany zawsze są wbrew zdrowemu rozsądkowi – przecież homoseksualiści i tak mogą mieć własne dzieci, dlaczego nie mieliby ich adoptować; a wujek i tak – jeśli akceptował związek – może być ojcem tylko formalnie.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ chce pokazać, jak nierównomiernie rozłożone są akcenty na polskiej scenie politycznej – lewica i liberałowie są świadomi wszystkich wad swojego projektu, jednak mimo to szukają kompromisu, rezygnując z niektórych postulatów; konserwatyści natomiast siedzą w swoich okopach i nie przesuwają się nawet o centymetr, żeby znaleźć optymalne rozwiązanie.

Obrona mitycznego status quo – rodziny, wiary, małżeństwa, etc. skończy się jak zawsze. Konserwatyści będą swoich przekonań bronić tak długo, aż zostaną zmieceni przez wyborców, nawet jeśli nastąpi to dopiero za kilkadziesiąt lat. Polacy – w przeciwieństwie do konserwatystów – będą woleli utożsamiać się ze Stanami Zjednoczonymi niż Białorusią i Rosją. Symbolicznie wybiorą Lee i Boba z „Gotowych na wszystko” oraz Jacka Twista i Ennisa Del Marę niż moskiewskie władze, które nieco ponad pół roku temu zakazały organizowania homoseksualnych parad do… maja 2112 roku!

Prawo się zmieni, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Dzisiaj prawie nikt nie podważa równouprawnienia płci  i ras – za jakiś czas to samo czeka orientacje seksualne. Konserwatyści mogą szukać kompromisu już teraz, niestety – wolą napawać się swoją złudną przewagą. Niech nie zdziwią się, że – gdy tę przewagę stracą – druga strona nie będzie nawet  z nimi negocjować. Przede wszystkim nie będzie chciało tego samo społeczeństwo – za kilka lat nikt rozsądny nawet nie pomyśli, że prawo pozwalające jakiejś mniejszości jeździć tym samym autobusem, tylko osobno, w ostatnim rzędzie i bez prawa do odszkodowania, można uznać za jakąkolwiek formę równouprawnienia.

Czytaj również