Jednomandatowe okręgi wyborcze – dwa scenariusze

Drukuj

W zeszły weekend Paweł Kukiz stał się jedną z twarzy Platformy Oburzonych, w której wystąpił pod szyldem zmieleni.pl jako zwolennik wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. W praktyce lansowane przez muzyka rozwiązanie może przynieść dwa rezultaty: utopijny oraz realny. Skutek każdego z nich będzie dla naszej sceny politycznej równie opłakany.

 

W wersji utopijnej, o której najczęściej mówią zmieleni.pl do naszego Sejmu weszłoby 460 posłów, którzy nie byliby ze sobą w żaden sposób powiązani. Według zwolenników, jednomandatowe okręgi wyborcze miałyby przełamać monopol partii politycznych i lansować lokalnych liderów, jednak wprowadzenie kilkuset polityków, którzy nie mieliby żadnej wspólnej płaszczyzny porozumienia, groziłoby paraliżem polskiego parlamentu. Taki sposób myślenia jest efektywny wyłącznie w dwupartyjnych (najwyżej – jak w Wielkiej Brytanii – trzypartyjnych) systemach, w których zdobywca mandatu jest lokalnym liderem, ale jednocześnie utożsamia się także z określoną formacją polityczną, dzięki czemu parlament może bez przeszkód funkcjonować na płaszczyźnie partyjnej.

Największym zagrożeniem tego scenariusza jest to, że posłowie w różny sposób, chociażby przez uzależnienie finansowe swojego okręgu, kupowaliby swój mandat. Szybko mogłoby się okazać, że indywidualności, o których marzą zwolennicy JOW-ów to niekoniecznie społecznicy zaangażowani w życie swojego okręgu wyborczego, ale przede wszystkim ludzie, którzy będą chcieli dostać się do parlamentu, żeby załatwić rozmaite interesy, w najlepszym przypadku – lokalne, w najgorszym – branżowe.

W drugim scenariuszu – realnym – wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych wyłącznie umocniłoby obecny układ polskiej sceny politycznej. Dowódów na to, że to ta opcja jest zdecydowanie bardziej prawdopodobna jest wiele, wystarczy sięgnąć po najsilniejszy z nich: wyniki zeszłorocznych wyborów do Senatu. Wyższa izba parlamentu została zdominowana przez polityków dwóch najsilniejszych partii, pozostali kandydaci (niezależni) uzyskali swój mandat wyłącznie, gdy Platforma Obywatelska zrezygnowała z wystawienia własnego kandydata, a więc de facto udzieliła im poparcia.

Nie ma żadnych przesłanek, które wskazywałby na to, że w przypadku wyborów do Sejmu wyborcy zachowaliby się inaczej. W praktyce oznacza to, że wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych doprowadziłoby do stworzenia w Polsce dwupartyjnego systemu opartego na dwóch obecnie najsilniejszych partiach: Platformie Obywatelskiej oraz Prawie i Sprawiedliwości. Najprawdopodobniej obie partie zmieniłby odrobinę swoją pozycję na scenie politycznej, pierwsza przesunęłaby się lewo, druga – w prawo, co widać było w wyborach do Senatu, do którego z cichym przyzwoleniem PO dostało się wielu lewicowych polityków.

Konsekwencje takiego układu sceny politycznej byłyby dwie. Po pierwsze wyborcy mniejszych partii nie byliby reprezentowani wcale albo wyłącznie symbolicznie przez jednego lub dwóch najbardziej rozpoznawalnych polityków. Biorąc pod uwagę ostatnie wybory parlamentarne –  swojej reprezentacji nie miałoby ponad trzydzieści procent społeczeństwa! Zwłaszcza na początku, gdy dwupartyjny podział nie zostałby jeszcze wyklarowany, byłoby to zjawisko bardzo groźne. Po drugie – w przypadku jednomandatowych okręgów wyborczych zwolennik Prawa i Sprawiedliwości, mieszkający w Szczecinie nie miałby żadnych szans, żeby kiedykolwiek jego miasto reprezentował poseł partii, którą popiera. Co więcej, tego przykładowego mieszkańca stolicy województwa zachodniopomorskiego od najbliższego posła Prawa i Sprawiedliwości dzieliłoby najprawdopodobniej kilkaset kilometrów. W podobnej sytuacji byłby wyborca Platformy Obywatelskiej, który mieszka w Rzeszowie.

Nie twierdzę, że dwupartyjność jest negatywnym zjawiskiem – najprawdopodobniej to proces nieunikniony, który jednomandatowe okręgi wyborcze po prostu by przyspieszyły. Trudno jednak nie  zauważyć ogromnej niekonsekwencji w słowach Pawła Kukiza, twierdzącego, że zależy mu na walce ze wszystkimi polskimi partiami, ponieważ stworzyły one patologiczny system. Muzyk podawał też przykład wyborcy, który zgadza się w niektórych kwestiach z Prawem i Sprawiedliwością, a w innych z Ruchem Palikota. To absurdalny argument, ponieważ wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych spowoduje, że taki wyborca będzie jeszcze bardziej osamotniony niż teraz, ponieważ w krajach, w który funkcjonują jednomandatowe okręgi wyborcze znacznie większa jest polaryzacja poglądów politycznych.

Niestety, za promowaniem JOW-ów stoi naiwność pomieszana z niekompetencją i populizmem. Trudno bowiem twierdzić (zwłaszcza po wyborach parlamentarnych w 2011 roku), że zmiana ordynacji wyborczej do Senatu cokolwiek zmieni, a tym bardziej, że – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – uzdrowi i odmieni naszą scenę polityczną. Z niektórymi obserwacjami zwolenników JOW-ów można się zgodzić (rzeczywiście w Polsce przywiązanie parlamentarzystów do okręgów jest stosunkowo małe), jednak niektóre argumenty są całkowicie nieprzemyślane.

W obecnej sytuacji wprowadzenie JOW przyniosłoby korzyści jedynie Platformie Obywatelskiej, która dzięki temu jeszcze bardziej zdominowałaby scenę polityczną. Pozostałym partiom zupełnie się to nie opłaca, tym bardziej dziwna wydaje się niechęć Pawła Kukiza akurat do partii Donalda Tuska. To jednak nie jedyna niekonsekwencja  – pogodzenie, zaczerpniętej wprost od Janusza Korwina-Mikkego, niechęci do partyjnej polityki oraz postulatu jednomandatowych okręgów wyborczych, które są kwintesencją partyjności, jest po prostu niemożliwe.

Czytaj również
  • janusz

    JOW jest absurdem ale i obecne wielkie okręgi sa złę. w obecnych okręgach wybiera sie 12 posłów. to o wiele za dużo gdyby okręgi podzielić na mniejsze z których pochodziloby 3-4 posłów to byłby to OK

  • Bartek

    JOW jest najlepszym mechanizmem wyłaniania polityków w dużych krajach. Nie jest doskonały (jak nic co ludzkie), ale nie wymyślono lepszego.

    Dlaczego tak uważam? Odsłuchaj na – http://www.sobieski.org.pl/w05/

    Janusz – opytmalny okręg wyborczy, to taki z jednym mandatem. W Polsce okręg z 3-4 posłami musiałby liczyć 350’000 mieszkańców, czyli byłby wielki. Dalej kandydaci byliby anonimowi (tzn. medialni).

    Ordynacja proporcjonalna w samorządach to jest dopiero absurd. Nikt nie wie kto jest jego radnym.

    Na szczęście Prezdenta RP i burmistrzów wybieramy w JOW.