Brytyjskie dziecko, polski orzeł

Drukuj

Drażni nas dziecko, które urodziła wczoraj księżna Cambridge, ponieważ przywołuje największe narodowe kompleksy. Przypomina, że w Polsce nikt, od lewicy do prawicy, nie potrafi przedstawić spójnej definicji najważniejszych politycznych wartości – narodu oraz patriotyzmu.

Brytyjczycy bawią się narodzinami następcy królewskiego tronu. Oczywiście, pojawiają się uszczypliwości – lewicowy „The Guardian” umieścił na stronie głównej przycisk „Republican?”, który przeciwnikom monarchii daje możliwość ukrycia wszystkich informacji związanych z rodziną królewską za pomocą jednego kliknięcia. Gdybyśmy zatęsknili za Windsorami, zawsze możemy wrócić do pełnej treści strony – wystarczy, że klikniemy przycisk „Royalist?”.

Wprawdzie niektórzy przeciwnicy Jej Królewskiej Mości traktują sprawę śmiertelnie poważnie, jednak liczby mówią same za siebie: najprężniej działająca organizacja antymonarchistyczna Republic zrzesza nieco ponad 10 tysięcy członków, na Facebooku lubi ją 17 tysięcy osób. Dla porównania – rodzina królewska zebrała 750 tysięcy polubień, pod samym wpisem o narodzinach najmłodszego jej członka „lubię to!” kliknęło 50 tysięcy osób! Gdy nadejdzie moment bezpośredniej konfrontacji, skończy się tak żałośnie, jak wskazują powyższe liczby.  Tak było dwa lata temu podczas ślubu Kate i Williama – przejazd młodej pary ulicami Londynu obserwowało ponad milion osób, wśród nich zupełnie niezauważona garstka protestujących republikanów.

Jaki z tego wniosek? Bardzo prosty – Brytyjczycy chcą być poddanymi królowej. Przecież żyją w całkowicie demokratycznym kraju, w każdej chwili mogliby odesłać rodzinę królewską do podręczników historii. Nie robią tego, ponieważ – chociaż brzmi to paradoksalnie – brytyjska monarchia jest jednym z najbardziej demokratycznych ustrojów na świecie, według badań popiera ją około dziewięćdziesięciu procent mieszkańców Wielkiej Brytanii.

Królewska korona jest symbolem państwowości. Symbolem zarówno dla zatwardziałego zwolennika laburzystów, który od trzech lat narzeka podczas porannej lektury „The Guardian”, jak i jego sąsiadki – konserwatystki, która musiała wytrzymać trudne trzynaście lat pod rządami Tony’ego Blaira i Gordona Browna. Najprawdopodobniej nie łączą ich żadne poglądy, a polityka dzieli nawet bardziej niż Polaków. Jednak oboje wzruszyli się wczoraj wieczorem, gdy usłyszeli o narodzinach prawnuka Elżbiety II.

Faszyzm zawsze był na wyspach brytyjskich zjawiskiem marginalnym, ponieważ mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa nie muszą na własną rękę pielęgnować poczucia wewnętrznej wspólnoty, doskonale robi to za nich ich państwo. Wystarczy przypomnieć ceremonię otwarcia zeszłorocznych Igrzysk Olimpijskich w Londynie lub trzygodzinny koncert z okazji diamentowego jubileuszu Elżbiety II, podczas którego na scenie występowali wspólnie dwaj najbardziej znani współcześni szlachcice – Elton John oraz Paul McCartney, a zespół The Madness wykonał swój największy przebój „Our House” na dachu… Buckingham Palace (całość można obejrzeć tutaj). Gdy oglądamy takie uroczystości, prawie każdy z nas zazdrości tego, jak przyjemnie jest być Brytyjczykiem.

Niestety, żadna polska siła polityczna nie potrafi zbudować swojego patriotyzmu na poziomie chociażby zbliżonym do brytyjskiego. Polscy narodowcy tkwią w anachronicznym rozumieniu państwa, wybierając przedpotopowe – i zupełnie nieadekwatne do współczesnych czasów – wartości, takie jak antykomunizm. Ten jaskiniowy patriotyzm wykorzystuje prawica parlamentarna, okopując się w absurdalnym rozumieniem narodu jako wartości, którą można wykorzystywać w każdym momencie – niezależnie czy chodzi o Wołyń, czy o odwołany mecz Lechii z Barceloną.

Szukanie winnego tylko po prawej stronie sceny politycznej byłoby niepełne. Druga strona, jakkolwiek byśmy jej nie nazwali, w definiowaniu patriotyzmu również popełniła bardzo poważne błędy. Platforma Obywatelska uwierzyła w koncepcję pozytywizmu, zupełnie zapominając, że Hipolit Cegielski powinien być tylko jedną stroną monety, uzupełnioną o pełną, także emocjonalną, koncepcję budowy państwa. Na wypełnienie tej przestrzeni przez rozmaite siły polityczne, które zdobywają poparcie, odmieniając przez wszystkie przypadki słowo „naród”, nie musieliśmy długo czekać.

Jeszcze dalej poszły środowiska lewicowe, o czym kilka miesięcy temu mówił Adam Michnik w rozmowie z Jerzym Sadeckim: „Jak czasem czytam sprzeciwy młodych lewicowców, obserwuję te wszystkie manify – to jest w nich sporo przesady. Na złość prawicy młoda lewica odwraca się tyłkiem do wartości narodowych. To jest bardzo niemądre.”. Lewica unika definiowania patriotyzmu, udając, że można istnieć w polityce, uciekając w utopijne, internacjonalistyczne idee. To infantylne i szalenie niebezpieczne podejście – nic tak nie sprzyja rozwojowi fundamentalizmu, jak próba degradowania wartości narodowych. Im bardziej będziemy podążać tą drogą, tym częściej ktoś będzie chciał bić nas sierpem i młotem.

Royal baby tak irytuje, ponieważ uzmysławia nam, jak wygląda polski substytut patriotyzmu: jedna strona próbuje jak najwięcej razy krzyknąć „zdrajcy!”, druga buduje autostrady i obserwuje rosnące PKB, nie dostrzegając tych, którzy od państwa oczekiwaliby czegoś więcej, a trzecia zapomina, że każdy naród potrzebuje swojego „Szeregowca Ryana”, nie może bez przerwy oglądać wyłącznie „Tańczącego z wilkami”. Gdybyśmy chcieli znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich tych grup, szybko okazałoby się, że jest to niemożliwe.

Brytyjczycy niedługo dowiedzą się, jak będzie miał na imię ich przyszły król, a później na jakiś czas zapomną o rodzinie królewskiej i wrócą do swoich obowiązków. Jednak – niezależnie od tego, co czeka ich w przyszłości – wiedzą, że kiedyś wspólnie obejrzą ślub swojego następcy tronu. My, Polacy, od codziennej polityki nie będziemy mieć żadnej ucieczki.

Czytaj również
  • Tomasz Kłosiński

    Mnie „royal baby” denerwuje, bo dla mnie to jest takie same dziecko, jak każde inne. I tak samo jak nie miałbym ochoty oglądać każdego innego dziecka w prasie i mediach, tak samo nie mam ochoty oglądać i tego królewskiego. Dzięki Bogu nie mam telewizora.