Błąd przewodniczącego, a nie premiera

Drukuj

Po głosowaniach, które odrzuciły w pierwszym czytaniu wszystkie ustawy o związkach partnerskich, głosy liberalnych wyborców, którzy żegnają się z Platformą Obywatelską, są coraz częstsze. Kiedy Donald Tusk popełnił błąd?

Na pewno nie tydzień temu. Wtedy zrobił wszystko, co mógł, a nawet więcej niż mogliśmy się spodziewać. Wystąpienie Donalda Tuska bezpośrednio przed głosowaniami, w którym zaapelował do posłów o skierowanie ustaw do dalszych prac sejmowych, było zdecydowanie najodważniejszą deklaracją światopoglądową przewodniczącego Platformy Obywatelskiej od sześciu lat. Paradoksalnie, w zeszły piątek Donald Tusk był właśnie taki, jakiego chcielibyśmy widzieć częściej, jak powiedział Władysław Frasyniuk – udowodnił, że głową jest w Unii Europejskiej.

Błędem nie było też powierzenie Jarosławowi Gowinowi funkcji ministra sprawiedliwości. Tak naprawdę – nie wiemy, jak wyglądają stosunki wewnątrz partii, być może polska polityka jest do tego stopnia patologiczna, że ruch ten był konsekwencją szantażu ze strony krakowskiego polityka i powiązanej z nim grupy posłów. Przy tak wątłej przewadze koalicji – łatwo wyobrazić sobie taki scenariusz. Trudno w inny sposób uzasadnić, dlaczego Gowin otrzymał właśnie tę tekę – przecież Donald Tusk nigdy nie był entuzjastą konserwatywnych poglądów prawicowej frakcji swojej partii, trudno przypuszczać, że nagle – po czterech latach rządzenia – uznał, że jej nieformalny lider zasługuje na takie zaufanie. Gdyby nawet nominacja ta była kwestią wyłącznie merytoryczną, to istnieje wiele – znacznie mniej newralgicznych – stanowisk rządowych, do których Jarosław Gowin nadaje się znacznie lepiej, chociażby funkcja ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Właśnie dlatego można przypuszczać, że decyzja Donalda Tuska była spowodowana wyłożeniem kart na stół: albo konserwatyści dostają ministerstwo sprawiedliwości, albo nie popierają działań rządu.

Błąd został popełniony znacznie wcześniej – niecałe dwa lata temu, przed wyborami parlamentarnymi. To wtedy władze partii zadecydowały, że z jej list startować będzie Tomasz Głogowskim, Roman Kosecki, Jacek Tomczak i pozostałych 43 przedstawicieli konserwatywnej frakcji, która w zeszły piątek odrzuciła w pierwszym czytaniu ustawę własnego klubu o związkach partnerskich. Ta decyzja wynikała z wcielania w życie koncepcji równomiernym o rozwijaniu obu skrzydeł partii.

Donald Tusk nie wykorzystał wówczas doskonałej okazji, żeby ujednolicić Platformę Obywatelską. Mógł to zrobić wieloma drogami – na pewno większości nazwisk, które widnieją wśród 46 posłów, którzy odrzucili ustawę, mogło po prostu nie być na listach wyborczych. Nie wierzę, żeby brak tych nazwisk spowodował masowy spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej – większość wyborców nie interesuje się polityką na tyle, żeby zauważać takie, tak naprawdę subtelne, zmiany – o czym najlepiej świadczy casus Solidarnej Polski w kontekście spadku poparcia Prawa i Sprawiedliwości. Oczywiście, zbuntować mogły się struktury, jednak przewodniczący największej polskiej partii ma wystarczająco dużo kijów i marchewek, żeby sobie z wewnętrznymi konfliktami radzić.

Zresztą, nikogo nie trzeba było od razu usuwać. Donald Tusk mógł po prostu postawić sprawę jasno – przygotować program, który zawierałby konkretne deklaracje ideowe i zobligować wszystkich kandydatów do jego poparcia. Niestety, odwagi zabrakło podwójnie – nie dość, że konserwatyści zwiększyli swoją siłę, to pogram Platformy Obywatelskiej, zamiast konkretnych deklaracji, omijał wszystkie newralgiczne kwestie. Szkoda, ponieważ dzięki takim rozwiązaniom sprawa mogła już od dawna być bardziej czytelna.

Takie działanie byłoby także uzasadnione, ponieważ bardzo wątpliwe jest to, ile tak naprawdę korzyści przynosi Platformie Obywatelskiej jej konserwatywna frakcja. Poza Jarosławem Gowinem nie ma w niej żadnych znanych nazwisk, a większość posłów – jak chociażby słynny Jacek Żalek – osiąga solidne, ale z pewnością nie nokautujące, wyniki wyborcze. Trudno porównać korzyści płynące z konserwatystów do tych, które Platforma Obywatelska czerpie z rozwijania drugiego skrzydła partii – wystarczy przypomnieć chociażby rewelacyjny wynik Danuty Hübner (ponad 310 tysięcy głosów!), Bartosza Arłukowicza (ponad 100 tysięcy) czy Dariusza Rosatiego, który uzyskał z drugiego miejsca blisko 60 tysięcy głosów i pokonał, startującego z jedynki, Andrzeja Halickiego – jednego z liderów Platformy Obywatelskiej oraz spektakularną porażkę przedstawiciela prawicy Mariana Krzaklewskiego, który w wyborach do Parlamentu Europejskiego przegrał z Elżbietą Łukacijewską. Były przewodniczący NSZZ „Solidarność” uzyskał ponad dwa razy mniej głosów, mimo że startował z pierwszego miejsca na liście i w jednym z najbardziej konserwatywnych regionów Polski. Przykładów tego, że Platformie Obywatelskiej więcej korzyści przynoszą politycy liberalno-lewicowi niż konserwatywni można mnożyć.

Donald Tusk popełnił niewybaczalny błąd – nie zrobił tego jednak w zeszły piątek, tylko wtedy, gdy okazało się, że na listach Platformy Obywatelskiej są posłowie, których poglądy są – dla umiarkowanych wyborców – nieakceptowalne. Cenę tej decyzji władze partii płacą teraz. Obrażanie się na Platformę Obywatelską po piątkowym głosowaniu nie ma sensu – można to było zrobić dwa lata temu, gdy poznaliśmy kandydatów do parlamentu. Dziś karty od dawna są już rozdane. Następna okazja do pożegnania z Platformą już w 2015 roku.

Czytaj również