Albo, albo

Drukuj

Mam dla zwolenników teorii o zamachu w Smoleńsku złą wiadomość: nie można jednocześnie być poważnym politykiem i wierzyć w hipotezy podrzucane przez zespół Macierewicza.  Albo ufa się prawdziwym ekspertom, albo – prędzej czy później – skazuje się na śmieszność i zapomnienie. Trzecia droga nie istnieje.

alboalbo

            Prawicowe szaleństwo zatacza coraz szersze kręgi. Jakiś czas temu temu pomysły Antoniego Macierewicza mogły być traktowane jako rodzaj prowokacji intelektualnej, mającej ośmieszyć rzekome zaniedbania państwa. Później było już tylko gorzej – zamiast spójnej koncepcji, otrzymaliśmy dziesiątki, często wzajemnie się wykluczających, hipotez. Przypadkowo dobrani naukowcy prezentowali nam kolejne przypadkowo dobrane dowody. Ostatecznie w nasze ręce trafiła wypadkowa, która powinna budzić wyłącznie politowanie.

Niestety – nie u wszystkich. Im alternatywne wersje tego, co wydarzyło się trzy i pół roku temu są głupsze, tym więcej polityków zaczyna w nie wierzyć. Jeszcze niedawno większość polityków Prawa i Sprawiedliwości subtelnie dystansowała się od Antoniego Macierewicza, którego działalność wydawała się być wyłącznie cyniczną metodą na zacementowanie najbardziej radykalnego elektoratu. Większość polityków twierdziła, że wprawdzie w śledztwie popełniono wiele zaniedbań i niczego nie powinno się wykluczać, ale unikała insynuacji, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do zamachu.

Dziś sytuacja zmieniła się radykalnie – Adam Hofman (rzecznik prasowy partii!) wprost mówi o „udziale osób trzecich”, a najważniejsi politycy PiS-u własnymi piersiami bronią Antoniego Macierewicza. Poparcie przychodzi także z zewnątrz, o parlamentarnym zespole coraz czulej wypowiada się m.in. Jarosław Gowin, a prezes Polskiej Akademii Nauk postuluje debatę pomiędzy oficjalną komisją a grupą zwolenników spiskowej teorii. Smoleńska ekstaza spotyka się z coraz większym zrozumieniem.

            Politycy nabrali się na teatralne sztuczki, dali się uwieść Antoniemu Macierewiczowi, przekonującemu, że jego zespół jest tak samo ważny, jak państwowy organ. Uwierzyli, że poglądy polityczne są ważniejsze od pryncypiów. Wszyscy potrafimy żyć w społeczeństwie, ponieważ respektujemy jego podstawowe zasady, nie wymyślamy własnych zasad ruchu drogowego tylko dlatego, że chcielibyśmy jeździć szybciej. Jeśli politycy tego nie rozumieją, nie zasługują na to, żeby współtworzyć państwo.

            Dyskusja wokół Smoleńska powinna być pozbawiona niuansów, insynuacji i wieloznaczności. Z perspektywy powagi państwa wiemy już bowiem wszystko – podważanie tego jest przejawem braku elementarnego szacunku dla zdrowego rozsądku. Rację ma prof. Wojciech Sadurski, pytając, o czym będziemy rozmawiać, gdy rozważymy już hipotezę zamachu. Przecież ze zwolenników tego, że ziemia jest płaska także dałoby się także stworzyć dziesiątki komisji, które mogłyby umilać nam życie.

Wybór jest bardzo prosty – albo zaufamy prawdziwym ekspertom, którzy pracują w prawdziwych komisjach, albo szarlatanom, tworzącym fikcyjną rzeczywistość. Nie można nikomu zabronić skorzystania z drugiej możliwości, jednak powinno to powodować określone konsekwencje. W Stanach Zjednoczonych ci, którzy przekonują, że za zamachami na World Trade Center stoją Żydzi albo administracja Georga W. Busha znajdują się na politycznym marginesie. Polacy również skażą na ostracyzm polityków, nazywających ustalenia oficjalnego organu „sektą wierzących w brzozę”. Mam nadzieję, że zrobią to zanim zostaną oni najważniejszymi osobami w państwie.

Twitter: @jwmrad

Czytaj również